„Prawie zawsze przegrywam bitwę” - mówi Patryk Szklanny z grupy rekonstrukcji historycznej
Patryk Szklanny to uczeń popularnego „Korfantego”, jest członkiem grupy rekonstrukcji historycznej. Wspólnie z przyjaciółmi odtwarza bitwy II wojny światowej. Oprócz tego ma imponującą kolekcję artefaktów z tamtych czasów. To dla niego nie tylko hobby, ale prawdziwa pasja, która nie zna ceny. W rozmowie opowiada o swojej fascynacji historią, rekonstrukcjach, które zrobiły na nim największe wrażenie, oraz o tym, jak ważne jest pokazywanie prawdy historycznej.

Katarzyna Barczyńska-Łukasik: Twój pokój jest pełen sprzętu pochodzącego z II wojny światowej…
Patryk Szklanny: Tak, lubię na niego patrzeć i przypominać sobie poszczególne detale, o każdym przedmiocie mogę opowiadać ciekawe historie. Każdy z nich to temat na osobną opowieść. Zbieram w zasadzie wszystko, co wiąże się z wojną. Pewnie niedługo zabraknie miejsca w moim pokoju, ale na razie się mieszczę.
Dodajmy, że jesteś członkiem stowarzyszenia Grupa Rekonstrukcji Historycznych Piechota Heer.
- Od trzech lat działam w tej grupie. Specjalizuję się w armii niemieckiej z czasów II wojny światowej. Posiadam umundurowanie, broń i odznaki. Biorę udział w licznych rekonstrukcjach historycznych. Jak wiadomo, Niemcy wywołały wojnę i bez nich nie da się odtworzyć żadnej bitwy czy potyczki. Zresztą, zawsze jestem po stronie przegranych. Zadaniem takich pokazów dla publiczności nie jest propagowanie totalitaryzmów, występują w nich także Sowieci, ale pokazywanie prawdy historycznej.
Jednak bycie członkiem takiej grupy rekonstrukcyjnej to nie tylko przebieranie się w mundury.
- Oczywiście, zanim założy się mundur jakiejś armii, trzeba zdobyć solidną wiedzę o niej, o uzbrojeniu, obowiązujących regulaminach, wyposażeniu żołnierzy. Ważna jest także znajomość przebiegu walk, tego, co działo się na poszczególnych frontach wojennych. Taką dawkę informacji uzyskuje się poprzez czytanie książek, ale również w trakcie spotkań i rozmów z członkami różnych grup rekonstrukcyjnych. W ten sposób poznajemy historię. Zresztą, ja sam lubię tę dziedzinę wiedzy w zasadzie od zawsze. Może dlatego, że moja mama jest nauczycielką historii, a tata również się nią interesuje. Osobą, która mnie również inspiruje, jest mój dziadek, który od małego zabierał mnie do różnych muzeów, w tym do Muzeum Wojny Obronnej Rybnik ‘39, z którym obecnie współpracuję.
Wróćmy do twojego wypełnionego po brzegi artefaktami historycznymi pokoju. Najcenniejsze z nich to…
- Posiadam oryginalne odznaczenie Krzyż Żelazny, które powstało jako pruskie odznaczenie wojskowe. Mam też niezwykle trudny do zdobycia termos ze szklanym wkładem, na giełdach można go dostać za około 1 tys. zł. Jeśli chodzi o umundurowanie, to kompletne waha się w granicach 1-10 tys. zł. Może komuś to wydawać się to drogie, ale prawdziwa pasja nie zna ceny.
Wiem, że bliskie twemu sercu są kanistry na paliwo.
- Tak, mam ich wiele. Mało kto wie, że kanister w obecnym kształcie został zaprojektowany na potrzeby niemieckiego wojska. Prowadzenie wojny bez benzyny czy ropy jest niemożliwe, a te trzeba przecież jakoś transportować. I tak współczesny człowiek korzysta z czegoś, co można nazwać „dzieckiem wojny” i to na dodatek o niemieckim pochodzeniu. Kształt tego kanistra jest idealny. Łatwo się go transportuje, przenosi i jest po prostu praktyczny. Jego zalety dostrzegli w czasie wojny Anglicy i skopiowali go 1:1, Amerykanie też korzystali z tej konstrukcji, z tym że mieli nieco inne zamknięcie. Może to kogoś zaskakiwać, ale kanistry mają naprawdę ciekawą historię. Można powiedzieć, że to one umożliwiały armii stały dostęp do paliwa. Warto dodać, iż były też osobne kanistry na wodę.
Która rekonstrukcja zrobiła na tobie największe wrażenie?
- Bezapelacyjnie na pierwszym miejscu jest D-Day Hel. Co roku odbywa się w sierpniu, gromadząc ogromne zainteresowanie. W 2025 r. to termin 25-30 sierpnia. W tym czasie nasz Półwysep Helski zamienia się w wybrzeże Normandii, które jest szturmowane przez aliantów. To piękna impreza. Wówczas na Helu, przy odrobinie wyobraźni, można poczuć się jak we francuskim miasteczku. Atmosfera tej imprezy jest niesamowita. Rekonstruktorzy obozują nie tylko na kwaterach, ale w specjalnym miasteczku namiotowym. To przyciąga turystów i wielbicieli II wojny światowej. Polecam każdemu tam przyjechać.
A są jakieś rekonstrukcje bliżej Jastrzębia?
- Oczywiście, choćby bitwa Wyrska pod Mikołowem. Została stoczona w pierwszych dniach kampanii wrześniowej. Termin tej rekonstrukcji w tym roku to 17 maja. Przewidziano tam nie tylko inscenizację bitwy, ale również przemarsz rekonstruktorów i piknik forteczny. Będzie to prawdziwa gratka dla wielbicieli militariów. Warto tam być.
Odtwarzając bitwy, chcecie zapewne pokazać prawdę historyczną…
- Zgadza się, ale chcemy też pokazać, że wojna to zło, cierpienie i tragedia ludzi, którzy muszą w niej walczyć, oraz ludności cywilnej. Mój pradziadek, który mieszkał w Boryni, brał udział w II wojnie światowej. Został siłą wcielony do Wehrmachtu. Nie chciał walczyć. Jednak nie miał wyjścia, jak wielu Ślązaków w tamtych czasach. Dla nich nie była to zabawa. Wielu nie wróciło do domu.
Co byś powiedział ludziom, którzy mówią, że historia jest nudna?
- To nieprawda, jest wciągająca i pasjonująca. Wystarczy tylko nieco inaczej do tego podejść. Ostatnio w swojej szkole prowadziłem prelekcje dla naszych uczniów z „Korfantego”. Większość z nich była zainteresowana, słuchała i zadawała pytania. Jeśli historii można dotknąć, biorąc do ręki na przykład oryginalny tornister wojskowy czy telefon frontowy, to wygląda to zupełnie inaczej.
